Bies by się uśmiał

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki o książkach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki o książkach. Pokaż wszystkie posty

Cudzoziemiec w bibliotece

Z kidetijskiego elementarza: we wszystkich znanych językach świata vallon (czyli 'komnata słów') oznacza książkę. Mianem jut określa się zewnętrzną duszę (np. figurkę o szponiastych stopach); kto jej nie posiada, zostaje hotunem, napiętnowanym wyrzutkiem. Avneanyi jest mistykiem, świętym opętanym przez anioły, tchavi zaś nauczycielem samotnikiem.

Vallon to jut, twierdzi niepiśmienna Jissavet z Kiem.


Biblioto, bibliotamto

Na początku jest słowo. Ktoś (żartowniś? zazdrośnik?) przysyła Hildegunstowi Rzeźbiarzowi Mitów, popularnemu pisarzowi camońskiemu, parodię jego najnowszych utworów. Uściślijmy: bezlitosną parodię. Gdyby nie ten list, Hildegunst nadal zajadałby się rogalikami i całymi dniami przeglądał korespondencję. Nie wiedziałby, że Król Cieni – jak informuje postscriptum – podniósł się z popiołów. A skoro Król Cieni wrócił, to i nasz bohater, upokorzony, lecz zaintrygowany, powraca do literackiej stolicy.


Księgogród, dwieście lat później. Dawniej miejscowość antykwaryczna, dziś metropolia o dwóch twarzach: jednej dla turystów, drugiej dla obsesjo- i pasjonatów. Tutejsze gnomy oprowadzają zwiedzających, podczas gdy artyści przebrani za łowców książek straszą dzieci (prawdziwi łowcy, nazywani librinautami, przestrzegają kodeksu honorowego). Przyjezdnym oferuje się repliki żywych ksiąg albo powieści-kiełbasy (dostępne również w plasterkach).

Budynki się rozrastają, nieksięgarnie zastępują tradycyjne sklepy – Księgogród ulega nieustannym przeobrażeniom. Wieczorem przypomina cmentarzysko, rankiem natomiast zatokę, gdzie zamiast ryb łowi się manuskrypty i nasłuchuje syreniego śpiewu (syrenami są historie, którym brakuje widowni).

Kto wejdzie głębiej, odkryje Lalkogród, czyli miasto wewnątrz miasta. Mieszkają tam pantomimiści, suflerzy, inspicjenci. Liczne plakaty przyciągają podróżnych; nawet największa maruda roztrwoni fortunę, poznając nowe sztuki teatralne. Repertuar obejmuje m.in. tańce meduz, obserwację teleskopową (oszustwo zdaniem Hildegunsta) lub mikroskopową. Skąd takie zacięcie dramatyczne u księgogrodzian? Książki i lalki, zauważa Moers, zbytnio się nie różnią. Śpią, dopóki nie obudzi ich dłoń czytelnika/lalkarza.

Bohater krąży po labiryncie: kulturowym, miejskim, duchowym. Szuka natchnienia. Przełom następuje, kiedy spotyka swojego sobowtóra. Hildegunst, zainspirowany Hildegunstem-kukiełką, i Hildegunst-kukiełka, zainspirowany Hildegunstem, niespodziewanie o(d)żywają. Twórca staje się odbiorcą. Spektakl nie tyle przywołuje (odtwarzane przez animatorów) wspomnienia, ile wyznacza kierunek dalszych poczynań.

Ślepa uliczka: sława. Niekończące się pochwały, choć cieszą, pozbawiają samokrytycyzmu. Oklaski, fankluby, marmurowe pomniki, omdlenia – kogo by nie zwiodły? Hildegunst codziennie udziela wywiadów i błogosławieństw. Coraz więcej pisze, coraz mniej redaguje (tak czy siak, każdą publikację ogłasza się bestsellerem). Dopiero autoironia przywraca mu rozsądek.

Mieszkańcy, będąc ludźmi wszechstronnymi i synestetykami, łączą rozmaite tworzywa, gatunki, style. Malują dźwiękiem, rzeźbią barwą. Księgogrodzkie kompozycje, powstałe dzięki organom aromatycznym, pachną. Lęk c-dur wydziela subtelną woń żywicy, wątpliwości b-moll zaś tchną wilgocią.

Wspólnota sztuk, wspólnota artystów. Teatr (niczym ul) nic nie zdziała bez dyrektora (pszczelej królowej), dyrektor jednak potrzebuje pracowników (dworu). Samotny poeta zginie, chór przetrwa. Podzieliwszy się wersami, żebracy zapamiętują balladę autorstwa Owidiosa Szlifierza Wersów, również żebraka. Potem ją recytują i – ku zadowoleniu bibliokleptów – wydają.

No właśnie, strzeżcie się bibliokleptów! Opróżnią wam regały, nim się obejrzycie. Bibliocjanci, niestety, zajmują się ochroną przeciwpożarową, nie łapaniem złodziei. Oczywiście, lepszy biblioklept niż biblioklasta, ten to powydzierałby kartki, oblał i podeptał najcenniejsze egzemplarze. Bibliocjanci, biblioklaści, bibliotekci, bibliomantki. Moers niestrudzenie wymyśla bibliologizmy.

Czytelnik odgrywa ważną rolę. Jeśli się spieszy, omija dygresje. Rozwiązuje zagadki: anagramy (np. Zank Frakfa, Beula Smeckett, Herles Olmshock), zawoalowane aluzje literackie, biograficzne czy historyczne. (D)opowiada, antycypuje. Zmieniwszy się w twórcę, nadaje bohaterom twarze.

Człowiek rodzi się książką. Dorastając, zapełnia kolejne rozdziały. Kibicer tak się upodobnił do starych woluminów (czoło pokryte bruzdami, pożółkła skóra, łysina), że sam mógłby uchodzić za jeden z nich. Miasto stanowi makroksięgę. Mury imitują obwolutę, główne wątki rozłożono wzdłuż bulwaru. Idzie się nim, aż spacer (lektura) dobiegnie końca.

A na końcu jest początek nowej historii.

Walter Moers, Labirynt Śniących Książek, s. 376, Dolnośląskie, Wrocław 2014

Czasem Austen, czasem Brontë

W starym, zaniedbanym zamku mieszkają dwie siostry. Biedne, ale pomysłowe. Bawią się i szukają sposobów na zarobienie pieniędzy. Cassandra chciałaby napisać książkę, Rose natomiast wyszłaby za samego diabła, gdyby tylko był bogaty (i przystojny, i czuły). Głód przerywa te rozważania. Leżąc, dziewczęta zastanawiają się, czy kiedykolwiek przydarzy im się coś ekscytującego.

Pewnego dnia Rose wypowiada życzenie do kamiennego gargulca. Właśnie wtedy – wierzcie lub nie – rozlega się dźwięk klaksonu. Auto Cottonów, młodych dziedziców, ugrzęzło niedaleko zamku; trzeba je wydobyć. Kolejne sceny przypominają wiktoriańskie powieści, jakie czytują siostry. Może to przypadek, może czary, kto wie.


Siedemnastoletnia Cassandra podgląda gości i domowników. Wszędzie zajrzy, wszystko dostrzeże, rodzinne tajemnice jednak pozostają tajemnicami (m.in. praca ojca, plan Rose). Pamiętnik, mimo niedoskonałych, pozbawionych precyzji słów, przynosi narratorce szczęście – dzięki niemu ponownie (tym razem staranniej) przeprowadza wybrane rozmowy. Cassandra nie marnuje papieru, nawet złamane serce nie usprawiedliwia takiej rozrzutności. Zapisawszy jedną przygodę, oczekuje następnej.

A przygód nie brakuje. Nietypowi bohaterowie przyciągają nietypowe kłopoty. Sami zobaczcie: macocha nudystka (ponadto, malarka i modelka), ojciec geniusz (wybaczmy mu więc próżniactwo), panna Marcy, bibliotekarka zbierająca metalowe zwierzątka, Simon, właściciel Scoatney i spiczastej, demonicznej bródki, Heloiza, śnieżnobiała bulterierka, oraz Abelard, kot wieczorami grzejący Cassandrze brzuch. W ich towarzystwie nie sposób się nudzić!

Sztuka zapewnia ukojenie, każdy zatem tworzy, rozkoszując się aktem kreacji. Panna Marcy wymyśla ciekawe historie, zanim zaśnie. Topaz maluje, Rose śpiewa, Simon publikuje eseje krytyczne. Stephen zaś, nieusatysfakcjonowany własnymi próbami, przepisuje wiersze znanych poetów (np. Roberta Herricka), by uwieść Cassandrę.

Zawsze razem, odważna Rose i bystra Cassandra. Tańczą wokół ogniska, zasięgają rady jednonogiego manekina. Nie udaje im się uniknąć rozczarowań. Romantyczne spacery wyglądają inaczej, niż sobie wyobrażały (mężczyźni nie wypowiadają przewidzianych kwestii i całują niedelikatnie). Małżeństwo dla pieniędzy wzbudza lęk zamiast spodziewanej radości. Kłótnie, tak zabawne u podziwianych autorek, odbierają apetyt.

Szlachetne uczynki i gorąca kąpiel, podpowiada Cassandra, rozwiążą największy problem. Żadne sprzeczki nie podzielą rodziny Mortmainów – biednych ludzi nie stać na animozje. Rozpieszczana drogimi prezentami od narzeczonego, Rose pomaga najbliższym. Kupuje siostrze perfumy, śle listy. Dodie Smith obdarza swoich bohaterów humorem i niewyczerpanym optymizmem. Dziewczęta żartują, robiąc wiosenne porządki. Głodne, lecz uśmiechnięte.

Ojciec Cassandry nie pracuje, wiecznie czyta kryminały (dwa tygodniowo, dostarczane przez pannę Marcy) albo układa krzyżówki. Ekscentryczny, drażliwy, skryty. Unika sąsiadów. Jest pisarzem, który nie pisze. Minęło kilkanaście lat, odkąd Boje Jakuba, debiut Mortmaina, odniosły zaskakujący sukces. Coś się stało i ojciec zamilkł. Dzieci, wychowane w przeświadczeniu, że artysta wymaga szacunku, nie zadają pytań. Geniuszy się nie pogania.

Dzieło Mortmaina odzwierciedla jego zainteresowanie zagadkami (on sam, zauważa Simon, stanowi prawdziwą zagadkę). Lektura – zdaniem ojca – przypomina śledztwo. Autor staje się mordercą zacierającym ślady. Kłamie, podsuwa fałszywe tropy. Tymczasem odbiorca udaje detektywa, bada i (współ)tworzy tekst. Komu przypada rola ofiary: krytykom bez argumentów, zaniedbywanej żonie?

Literatura zbliża domowników. Kiedy Stephen opłakuje zmarłą matkę, Cassandra czyta mu pogodne, krzepiące wiersze. Rodzi się miłość: do poezji i do Cassandry. Wszystko, co siostry wiedzą o świecie, pochodzi z książek. Flirtując, naśladują panny Bennet (czyż nie to lubią mężczyźni?). Londyn wciąż wydaje im się miastem Dickensa.

Sięgnąwszy po historie biblijne i klasykę angielską, Dodie Smith sporządza wyśmienitą mozaikę cytatów, nawiązań, parafraz. Rose, podobnie jak Faust, postanawia sprzedać duszę, spiczasta bródka – niczym włosy Samsona – symbolizuje siłę, Stephen natomiast momentami naśladuje Sylwiusza (Szekspir, Jak wam się podoba).

Cassandra, nazywana mieszaniną Jane Eyre i Becky Sharp, uwielbia Brontë, Rose woli Austen. Siostrzany spór kończy się kompromisem. Odrobina Jane, odrobina Charlotte – tego rodzaju połączenie uczyniłoby życie idealnym.

Dodie Smith, Zdobywam zamek, s. 351, Świat Książki, Warszawa 2013

Jedna i pół bliźniaczki

Bliźniaczki, Mor i Mor, ratują świat przed matką, czyli złą czarownicą. Pierwsza umiera, druga zostaje kaleką i ucieka z domu. Odszukawszy ojca wykonującego rozkazy trzech przyrodnich sióstr (prawdopodobnie wiedźm), rozpoczyna naukę w Arlinghurst. Bystra, lecz osamotniona, rzuca czary przywołujące przyjaciół. Dziewczęta jednak uważają ją za dziwaczkę: trochę nieokrzesaną, trochę przerażającą. Dopiero wśród wróżek (wzbudzających fascynację, odrazę bądź pożądanie) Mor się uśmiecha.
Bliźniaczki, Morganna i Morwenna, mają wypadek samochodowy. Pierwsza umiera, druga zostaje kaleką i ucieka z domu. Odszukawszy ojca posłusznego trzem przyrodnim siostrom, rozpoczyna naukę w Arlinghurst. Bystra, lecz osamotniona, marzy o prawdziwej przyjaźni. Dziewczęta jednak uważają ją za dziwaczkę: trochę nieokrzesaną, trochę przerażającą. Dopiero wśród członków klubu literackiego (wzbudzających fascynację, odrazę bądź pożądanie) Morwenna się uśmiecha.

Obie historie są prawdziwe. Czytacie powieść fantastyczną dla młodzieży albo dziennik zagubionej nastolatki z lat siedemdziesiątych. Albo zmyślenia (nad)pisane na faktach, decyzja należy do was. Wątpliwości interpretacyjne czynią tę lekturę niezapomnianą.

Nie wierzcie we wszystko, co mówi narratorka. Relacja pamiętnikarska nie gwarantuje szczerości. Porządkując myśli i zdarzenia, Mor nadaje im charakteru fikcyjnego. Owszem, matka wygląda jak zła czarownica: ma długie, czarne włosy, haczykowaty nos. Ale niełatwo zaufać bohaterce dręczonej koszmarami sennymi, które – przy udziale bogatej wyobraźni – deformują rzeczywistość.

Wersja A: magia istnieje. Objawia się poprzez rzeczy i zjawiska, wydawałoby się, niemagiczne. Przedmioty, najlepiej stare, przepojone esencją właścicieli, dodają sił, podczas gdy jednorazowe sztućce osłabiają. Każde zaklęcie zapewnia więcej dylematów etycznych (np. gdzie przebiega granica między przysługą a kontrolą cudzego życia) niż korzyści. Adepci często wpadają w pułapkę – nie wiedzą, czy naprawdę coś zmienili, czy wypadki potoczyły się utrwalonym niegdyś torem.

Wróżki (sękate stworzenia posiadające szorstką skórą, żadne tam człekokształtne istoty) widzi tylko ten, kto w nie wierzy. Podejrzliwe wobec ludzi, zazwyczaj zamieszkują porzucone kopalnie i huty. Nie używają imion, pytania kwitują śmiechem. Potrzebują dzieci, by pokonać narastające zło.

Wersja B: magia istnieje. Gotowanie stanowi czynność magiczną. I zabawy w ruinach, zachwycającej krainie cudów nieznanych dorosłym, i akupunktura, jakiej poddaje się główna bohaterka. Gry planszowe. Litania recytowana nocą. Opiekowanie się drzewami. Pocałunek to też rodzaj magii. Ilekroć dokonujemy wyboru, wykorzystujemy nasz (nad)przyrodzony potencjał.

Wśród obcych zawiera wnikliwe studium odmienności. Kalectwo oraz wymowa zdradzająca walijskie pochodzenie odróżniają narratorkę od pozostałych uczennic. Nie będąc potulną ofiarą, Mor postanawia się bronić. Laską odpiera drwiny, straszy współlokatorki historiami o krwiożerczych duchach. Wczesnym rankiem natomiast odwiedza bibliotekę. Zastanawia się, czemu nie znajduje zrozumienia u rówieśniczek (czyżby była półwróżką?). Ponadto, klub literacki, zwany karassem Mor, skupia wokół siebie wyrzutków: Wima okrzykniętego niepoprawnym uwodzicielem, rudowłosą Janine zmartwioną rozwodem rodziców.

Opisując Arlinghurst, słynną szkołę żeńską, Walton posiłkuje się powieściami pensjonarskimi. Dziewczęta – mimo dotkliwych szturchańców i utyskiwań na głupotę Deirdre – zdobywają sympatię czytelników. Planują karierę naukową, całują fotografie Harrisona Forda. Słowem, dojrzewają. Mor, molestowana najpierw przez Karla, kochanka matki, potem przez ojca, obdarza flirtujące koleżanki wyniosłym spojrzeniem. Ona nie będzie Zuzanną Pevensie, nigdy nie dorośnie.

Morganna i Morwenna, dla przyjaciół – Mor i Mor. Kiedy pierwsza umiera, druga przejmuje jej imię, przekonana, że teraz musi żyć za siostrę. Układa wiersze poświęcone chorującym wiązom, sama również cierpi. Mijają tygodnie, Mor się przeobraża, a Mor nie, coraz bardziej się oddalają. Bohaterka wkrótce dostrzega w lustrze odrębną osobę.

Autorka składa hołd pisarzom science fiction. Wymieńmy najważniejszych: Robert Heinlein, Ursula K. Le Guin, Roger Zelazny, Anne McCaffrey, Robert Silverberg, Samuel R. Delany, Arthur C. Clarke, James Tiptree (właśc. Alice Sheldon). Ich utwory towarzyszą narratorce podczas wykonywania niebezpiecznych zadań (m.in. prowadzenia zmarłych), wspierają lub wzmagają obawy. Mor czyta dużo i zachłannie, niejednokrotnie zapisując wrażenia. Pewnego dnia wyda własną powieść.

Książki inspirują (zachłysnąwszy się Montgomery, bliźniaczki próbują zidentyfikować ojca na fotografiach), ochraniają (fragment Diuny zwalcza złowrogie zaklęcie) i charakteryzują odbiorców (nie bez powodu Gill wychwala biografie uczonych, ciotka Teg albumy pełne zdjęć, dziadek Sam z kolei Platona). Przesiąknięte potężną magią, ratują życie. Mor odpycha myśli samobójcze, nie doczytała bowiem Delany'ego. W połowie bliźniaczka utknęła w połowie Babel-17. Jeśli umrze, nie pozna zakończenia.

Jo Walton, Wśród obcych, s. 366, Akurat, Warszawa 2013

nie ma ucieczki przed narratorem

Znany poeta, John Slater, proponuje Sarze Wode-Douglass, redaktorce „The Modern Review”, wspólny wyjazd do Malezji (on, rzecz jasna, sfinansuje ich pobyt). Bohaterka spodziewa się wyjaśnień dotyczących samobójstwa matki, z którą - jak podejrzewa - łączył go niegdyś namiętny romans. Nic jednak nie idzie zgodnie z planem. Tuż po przyjeździe Slater znika bez słowa wyjaśnienia, a Sara, porzucona w obcym mieście, samodzielnie poznaje okolicę. To właśnie tam, w warsztacie przy Jalan Campbell, spotyka tajemniczego białego mężczyznę z wrzodami na nogach.

Christopher Chubb, bo tak nazywa się nieznajomy, zasłynął jako mistyfikator. Chcąc zażartować sobie z przystojnego i zdolnego Weissa, wymyślił Boba McCorkle'a, mechanika rowerowego będącego zarazem twórcą wyrafinowanych wierszy pełnych odniesień do klasyki, i przyniósł jego twórczość rywalowi. Weiss, przekonany, że trafił na nieodkryty dotąd talent, nie zwlekał z publikacją. Tak, Sara zna tę historię, kiedy więc Chubb wspomina przy niej McCorkle’a, wpada w gniew. Czyżby znów zamierzał skorzystać ze starej sztuczki? Mężczyzna nalega, by go wysłuchała.

Powieść opiera się na prawdziwych wydarzeniach. Postanowiwszy zakpić z młodego, utalentowanego redaktora modernistycznego czasopisma, dwóch australijskich poetów, James McAuley i Harold Stewart, w 1943 roku powołało do życia Ernesta Malleya. Ofiarowali mu nie tylko imponujący dorobek poetycki, ale i siostrę, pracę, całą biografię. Późniejsze losy trzech (czterech?) artystów uwikłanych w oszustwo również znajdują odzwierciedlenie w książce Careya (np. oskarżenie wydawcy o publikowanie obscenów).

Podobnych mistyfikacji nie brakuje. Do najsłynniejszych należy, jak się zdaje, publikacja Pieśni Osjana, rzekomych poematów średniowiecznych, których odkrywcą ogłosił się szkocki poeta, James Macpherson (w rzeczywistości zaś będący autorem). Ich popularność przerosła wszelkie oczekiwania: niezwykle chętnie czytane w Europie, zapoczątkowały szereg tendencji literackich zwany osjanizmem.

Akt kreacji, jakiego dokonał Chubb, okazuje się udany. Bob McCorkle, dwumetrowy olbrzym z długimi, rozczochranymi włosami, ożywa i - niczym Frankenstein (nie bez powodu cytat z dzieła Mary Shelley stanowi motto powieści) - zaczyna zagrażać swojemu stwórcy. Za pomocą gróźb przeciąga świadka oskarżenia na stronę Weissa, po czym, pragnąc przekazać mu dobre wieści, włamuje się do mieszkania redaktora, gdzie nie spotyka się, niestety, z przyjaznym przyjęciem. Przerażony Weiss widzi w nim jedynie potwora.

Może McCorkle naprawdę istnieje? Co się stało z Weissem? Sara, zaintrygowana niezwykłą opowieścią, poświęca wszystko, aby ustalić prawdziwą naturę olbrzyma. Czy to wytwór niezrównoważonego umysłu (nawet nieodpowiedzialny Slater nazywa Chubba szaleńcem), czy człowiek z krwi i kości, zarówno utalentowany, jak i niebezpieczny?

Śledząc losy tej przedziwnej pary, twórcy i jego dzieła, nie sposób nie zauważyć między nimi podobieństw. Mimo że najpierw uporczywie podkreślają własną odrębność (ja to ja, stwierdza Chubb, a on to on), z czasem dostrzegają niepokojącą prawdę (ty i ja stanowimy jedność, mówi jeden z bohaterów). W chwili, gdy go poznajemy, Chubb, na pozór zapomniawszy o młodzieńczych próbach poetyckich, zarabia na życie jako mechanik rowerowy, prowadzi zatem - o ironio! - życie, jakie narzucił wymyślonemu przez siebie poecie.

Chociaż do tej pory pisałam głównie o mężczyznach, w książce pojawiają się też niebanalne kobiety, bystre i odważne. Sarę, wydawałoby się, zwyczajną pracowniczkę redakcji, nietrudno polubić. Mając czternaście lat, wyrywała kartki z tomików Slatera i wysyłała mu je wraz z szyderczymi komentarzami. Nie zapominajmy o Noussette, młodej, zwariowanej artystce, która pięć razy zmienia zajęcie (była m.in. malarką, fotografką, właścicielką restauracji), dwa razy narodowość, a ze swojej ciąży z nieznajomym czyni wydarzenie publiczne. Przebywanie z nią to jedna wielka przygoda!

Powieść - podobnie jak twórczość samego McCorkle'a - składa się z cytatów i aluzji do znanych utworów. Bohaterowie niejednokrotnie przytaczają słowa Miltona lub Pounda, absurdalne śledztwo w sprawie wersu „jak rygiel sztywna” z kolei przywołuje na myśl Kafkę. Co więcej, czytelnik poznaje historię McCorkle'a z dwóch perspektyw: Chubba i Slatera. Nie tylko tę historię! Czy nam się to podoba, czy nie (sądząc po kilku negatywnych recenzjach, z jakimi się zetknęłam, nie każdemu przypadł do gustu ten zabieg), wszyscy bohaterowie mają coś do powiedzenia i złoszczą się, kiedy się im przerywa: Chubb, Slater, truciciel Mulaha, McCorkle, pani Lim, Tina. Kto wie, może i zasygnalizowana na początku tajemnica rodzinna doczeka się rozwiązania?

Warto zauważyć, że proces wydawcy obwinionego o publikowanie obscenów przypomina lekcję w szkole. Chubb, któremu zlecono napisanie szczegółowego sprawozdania, porównuje gmach sądu do budynku szkolnego, prokurator natomiast, pozbawiony wszelkich śladów współczucia dla bliźniego, prosi oskarżonego o wyjaśnienie przywołanych zwrotek. Co według pana autor miał na myśli? Weiss - śladem wielu zdolnych, lecz leniwych uczniów - wykręca się nadmierną zawiłością tekstu.

Nie wiesz, jaką władzę posiadają poeci? Jeśli nigdy przedtem nie spotkałeś żadnego z nich, nie domyślasz się, co cię czeka. Zazdrosny Chubb, nie myśląc o dalszych konsekwencjach, przygotowuje pułapkę na znienawidzonego redaktora. Kiedy wyrafinowany żart wymyka się spod kontroli, jest już za późno - Weiss unosi się dumą, woli umrzeć za nieprzyzwoite wersy, niż przyznać się do błędu. Słowa odgrywają tutaj kluczową rolę: powołują do życia i prowadzą do zguby, stają się przedmiotem rozpraw sądowych i obiektem zazdrości. Trzeba wziąć za nie odpowiedzialność.

Peter Carey, Historia pewnej mistyfikacji, s. 300, MUZA SA, Warszawa 2004

o niesłychanym odrodzeniu angielskiej magii

Anglia, 1806. Wydaje się, że już nikt w kraju nie praktykuje magii. Współcześni magowie studiują dokumenty historyczne i czytają o średniowiecznych zaklęciach, ale sami żadnych nie rzucają. Jak temu zaradzić?
Jonathan Strange

Rudzielec o długim nosie i ironicznym wyrazie twarzy. Dostrzegłszy, że Arabella, jego narzeczona, wciąż odwleka zaślubiny, Jonathan postanawia zostać magiem. Może w ten sposób zrobi wrażenie na ukochanej? Najpierw czerpie wiadomości z ksiąg; gdy to nie wystarcza, zostaje uczniem słynnego pana Norrella. Dziwactwa starszego mężczyzny działają mu na nerwy. Młodzieniec chętnie zabawia towarzystwo drobnymi sztuczkami magicznymi. Nie ogranicza się do czytania ksiąg - odwiedza też niezbadane krainy. 

i pan Norrell

Obwołany ostatnim praktykującym magiem pan Norrell jest odludkiem, który całe dnie przesiaduje w bibliotece. Sąsiedzi uważają go za nudziarza. Pewnego dnia przybywa do stolicy, chcąc propagować tam nowoczesną magię. Próby dołączenia do elit towarzyskich nie przynoszą rezultatów. Znalazłszy się na modnym przyjęciu, bohater przegląda regał z książkami. Londyn jest rozczarowany Norrellem, Norrell zaś - Londynem. Cóż on właściwie potrafi? Nie odprawia czarów, nie rzuca klątw i nie przepowiada przyszłości.

Może i wy ulegliście złudzeniu, widząc w Norrellu jedynie mola książkowego. Mag jednak zadaje sobie dużo trudu, by usunąć ewentualnych rywali: zamyka szkoły magii i wykupuje wszystkie księgi. Co więcej, chce walczyć przeciwko Francuzom. Kiedy rozważa, jak przekonać rząd do tego pomysłu, dowiaduje się o śmierci Emmy, narzeczonej ministra. To szansa jedyna w swoim rodzaju - jeśli sprowadzi dziewczynę z krainy zmarłych, zyska dozgonną wdzięczność polityka.

Zawartość biblioteki Norrella wzbudza zazdrość uczonych: znajdujące się w niej regały, pełne woluminów oprawionych w skórę cielęcą, przypominają łuki gotyckie. Przyjemnie czyta się powieść, w której księgobójstwo jest przestępstwem uwzględnionym przez prawo, a literatura stanowi podstawę solidnej nauki i rzetelnej wiedzy.

Nie dziwi zatem, że wiele dygresji poświęcono sztuce pisarskiej. Noc w sam raz na ożywianie umarłych, zauważa Lascelles, oglądając przygotowania do wskrzeszenia Emmy. Trudno się z nim nie zgodzić: pada deszcz, wiatr jęczy w kominie, zewsząd słychać dzwony. Lascelles miewa dramatopisarskie ciągoty. Czy dzisiejsze wydarzenia go zainspirują? Mógłby napisać tragikomedię o chciwym ministrze, małżeństwie z rozsądku i czarach.

Narratorka (płeć została wyraźnie zaznaczona) często komentuje wydarzenia i opowiada o sobie. Dowiadujemy się, że jest uczona, wybredna, Francuzów natomiast ma za dziwaków. Utrzymuje również nieustanny kontakt z czytelnikiem, wyjaśniając mu nagłe zmiany tematu. Jak miło spotkać starych przyjaciół, woła na początku kolejnego rozdziału.

W znamiennej scenie Jonathan wydobywa z mielizny i ratuje Czarny Humor. Największy ponurak znajdzie tutaj powód do śmiechu! Oto, co ludzie mówią po śmierci Emmy: szkoda, że nie dożyła ślubu, Walterowi przydałyby się pieniądze. Bohaterem jednego epizodu zostaje schorowany staruszek, który życzy sobie żyć wiecznie - padłszy ofiarą maga oszusta, zamierza go oskarżyć, ale wcześniej umiera.

Powieść zawiera elementy komedii obyczajowej. Autorka ośmiesza niektóre obyczaje i przywary społeczeństwa angielskiego. Ministra spraw zagranicznych nazywa niezrównanym mówcą, jego przemowy bowiem przekonają każdego, że obecny rząd składa się z cnotliwych, niezrozumianych dżentelmenów, niepowodzenia zaś są winą poprzedników.

Żartobliwe dialogi przeplatają się z chwilami grozy. Stephen Black pracuje w nawiedzonym domu przypominającym budowle z utworów gotyckich. Każdej nocy dzwon wzywa sługę na niezwykły bal, gdzie tajemniczy dżentelmen o włosach jak puch ostu obdarowuje go kosztownymi prezentami. Ważnym motywem okazuje się szaleństwo. Zdaniem mieszkańców lady Pole zachowuje się w sposób niezrównoważony, ale to ona - wraz z obłąkanym królem - dostrzega zaczarowany las i srebrnowłose istoty. Wkrótce bohaterka ulega podwojeniu: nieustannie zmęczona żona w krainie Faerie przeistacza się w temperamentną damę.

Warto zauważyć, że osoby objęte czarem, który uniemożliwia opowiadanie o rzuconej na nich klątwie, nie należą do uprzywilejowanych grup społecznych. Na służących, zwłaszcza czarnoskórych, nie zwraca się uwagi, a słów kobiet nikt nie traktuje poważnie. Uczeni, zwłaszcza pan Norrell usuwający słowa z książek, utrudniają zwykłym ludziom zdobywanie wiedzy.

Czytelnik poznaje wiele postaci historycznych (lord Wellington, Goya). Podróżując, Jonathan zaprzyjaźnia się z lordem Byronem. Zawiedziony, ale i zaintrygowany młodym mężczyzną poeta postanawia napisać Manfreda. Czym zaowocowałoby spotkanie z Norrellem? Wiecznie skłócony z otoczeniem mag ukrywa przecież straszliwy sekret z przeszłości. 

Gdzieniegdzie znajdują się artykuły naukowe napisane przez bohaterów (np. kontrowersyjna Rozprawa o niesłychanym odrodzeniu angielskiej magii) i fragmenty korespondencji Jonathana. Obszerne przypisy, składające się z esejów, odwołań do dzieł fikcyjnych i rzeczywistych, a także anegdot z życia magów, czynią tę opowieść niezwykle wiarygodną. Czytając objaśnienia autorki, możemy się dowiedzieć, kto jest autorem najnudniejszej książki. Bo chyba nie Clarke?

Susanna Clarke, Jonathan Strange i pan Norrell, s. 815, MAG, Warszawa 2013

książki, książki, książki

Słodkie ciastka w kształcie książek i wyrwane strony w charakterze serwetek. Uliczni kuglarze żonglujący opasłymi tomami. Wycieczki śladami twórców. Sklep mający w ofercie jedynie rękopisy leworęcznych poetów. Wszystko to znajdziecie w Mieście Śniących Książek.

Autorem powieści (i narratorem, za pomocą którego poznajemy całą historię) jest Hildegunst Rzeźbiarz Mitów. Walter Moers natomiast przełożył tekst z języka camońskiego i dodał własne ilustracje. Takie mistyfikacje literackie nie są rzadkie i występują w wielu odmianach. Przykładowo, Borges w Analizie twórczości Herberta Quaina omawia nieistniejące dzieła fikcyjnego autora.

Nie jest to książka dla ludzi o słabych nerwach. Jeśli do nich należycie, natychmiast przerwijcie lekturę i udajcie się z powrotem do biblioteki. Wszystkiego dobrego, baby! Tego rodzaju ostrzeżenia stanowią popularny (czy skuteczny?) chwyt marketingowy. Lemony Snicket (Daniel Handler) odstrasza czytelników w następujący sposób: poczytajcie sobie lepiej coś innego. Ta książka nie tylko nie kończy się szczęśliwie, ale nawet szczęśliwie się nie zaczyna, a w środku też nie układa się za wesoło.

Umierając, Dancelot Tokarz Sylab zdradza swojemu wychowankowi, że jest w posiadaniu najwspanialszego tekstu w całej camońskiej literaturze. Kiedy Hildegunst odnajduje ów tekst, natychmiast przekonuje się, że to prawda: każde słowo z rękopisu znajduje się na właściwym miejscu. Przezwyciężywszy depresję twórczą - przecież on sam nigdy nie napisałby czegoś tak perfekcyjnego! - wyrusza w ślad za tajemniczym autorem do Księgogrodu.

Wystarczy przetrzymać początkowe napady kichania, aby móc cieszyć się atrakcjami miasta. A jest ich niemało! Ponad pięć tysięcy antykwariatów i ponad tysiąc półlegalnych księgarenek. Ściany domów pomalowane w figury bohaterów ze znanych powieści. Do zamówienia w restauracji: Sałatka Sylabiczna z makaronu w literki. Księgogród wydaje się być rajem dla miłośników literatury. Ten, kto dotrze na Cmentarz Zapomnianych Poetów, zmieni jednak zdanie na jego temat. Nędzarze wykopują tam doły, w których siedzą i tworzą poezję na zawołanie turystów, dostając w zamian trochę drobniaków. Zniechęcającą może się również okazać wizyta na Jadowitej Uliczce, gdzie mieszkają krytycy do wynajęcia. 

Pod miastem rozciąga się labirynt pełen książek. Jedynie najwięksi śmiałkowie, tacy jak Kolofonus Deszczblask, sławny łowca książek, mają odwagę wejść do katakumb. Bibliotekę w kształcie labiryntu opisywał wcześniej Umberto Eco w Imieniu róży (zainspirowany nieskończoną jak wszechświat biblioteką Borgesa).

Wkrótce na scenę wkracza oczytany antagonista o złych zamiarach (kultura i degeneracja, jak pisze Moers, nie wykluczają się nawzajem). Pragnie zlikwidować wszelką sztukę, marzy mu się świat, w którym będzie istniała jedynie rzeczywistość. Jego metody przerażają - za pomocą muzyki chce zmieniać słuchaczy w niewolników. Jak wyglądałaby Camonia po wprowadzonych przez niego zmianach? Odpowiedzi można szukać chociażby u Huxleya.

Bohaterowie powieści nie są ludźmi. Czytelnik poznaje istoty zwierzokształtne (jedni przypominają psy, inni - smoki) i całe mnóstwo dziwacznych stworów (przeraźnice). Niektóre - jak homunkulus, niezwykle inteligentny człowieczek stworzony przez alchemików - mają swój początek w literaturze średniowiecznej. Skoro o stwarzaniu mowa, w Mieście Śniących Książek pojawiają się sugestywne opisy tego procesu. W jednym z nich buchemicy powołują do życia (przy pomocy własnej krwi, dodajmy) gigantyczną kreaturę z papieru, aby chroniła miasto przed wrogami. Monstrum, nazwane Czarnym Człowiekiem, obraca się przeciwko swoim twórcom. Czyżby daleki krewny Frankensteina?

Uważny czytelnik dostrzeże też motywy wampiryczne. Uliczni handlarze sprzedający zainteresowanym krew prawdziwych pisarzy. Król Cieni, który unika światła słonecznego, bo w jego promieniach zaczyna płonąć. Przemienianie czernidła drukarskiego w krew i krwi w czernidło drukarskie. 

O Królu Cieni mówi się, że bronią z papieru zabija łowców książek w katakumbach. Czy książki naprawdę niosą ze sobą niebezpieczeństwo? Któregoś dnia Hildegunst - niczym król Junan (z Opowieści o rybaku i dżinnie) pragnący śmierci mędrca Rujana - przekonuje się o trujących właściwościach niektórych stronic. 

Miasto Śniących Książek to dzieło synkretyczne. Fragmenty utworu Dancelota O rozkoszach ogrodu w komiczny sposób naśladują dyskurs naukowy. W rozmyślania Hildegunsta zaś wpleciono dialogi przedstawione w formie dramatu i żartobliwe rymowanki. 

Powieść została opatrzona intrygującymi, szczegółowymi ilustracjami. Ponadto, Moers - podobnie jak Pratchett - często umieszcza przypisy objaśniające camońską geografię, historię i kulturę. Zawiera w nich odniesienia do nieistniejących książek (czasem odsyła też do reszty cyklu), potęgując tym samym spójną wizję świata przedstawionego.

Walter Moers, Miasto Śniących Książek, s. 456, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006