Sylvia dużo czyta, ale na tym nie poprzestaje – szuka książkowych przygód poza książkami. Odgrywa (nie)typowe sceny, po czym je zapisuje, zacierając granicę między fikcją a rzeczywistością. Śmieje się zbyt głośno, flirtuje zbyt często (książęta rozczarowują; następny rozdział dopiero powstaje, nie można więc sprawdzić, czy bal się uda), ryzykuje zbyt wiele. Gdyby żyła w baśniowym świecie, byłaby jednocześnie wiedźmą, smoczycą i królewną.
Bies by się uśmiał
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą była sobie artystka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą była sobie artystka. Pokaż wszystkie posty
Astrid, nasza Astrid
Astrid, córka gawędziarza, spisuje rodzinne historie. Astrid z Bullerbyn nigdy nie dorasta. Astrid Lwie Serce walczy w imieniu dzieci i zwierząt. Choć dostaje niemal sto pięćdziesiąt listów tygodniowo, stara się – podobnie jak Tove Jansson – odpowiadać najmłodszym czytelni(cz)kom. Astrid Pończoszanka łazi po drzewach; dziewczynki i stare baby niczego się nie boją.
Etykiety:
Astrid Lindgren,
była sobie artystka
Pędzlem i piórem
Dwie siostry portretują najbliższych – jedna pędzlem, druga piórem. Zżerane zazdrością, nieustannie się porównują. Wszczynają kłótnie, ale jednoczą się przeciw wścibskim krytykom. Rywalizują, ale potrafią docenić ciężką pracę. Vanessa ilustruje teksty Virginii (oczywiście, niewłaściwe rozmieszczenie drzeworytów wywoła następną sprzeczkę), a Virginia pozuje Vanessie. Wymyślają siebie nawzajem.
Teraz, kiedy Virginia nie żyje, Vanessa bierze pióro zamiast pędzla (podział, według którego malarstwo stanowiło domenę starszej siostry, pisarstwo zaś młodszej, już nie obowiązuje) i pisze (d)o niej. Przywołuje dziecięce rozterki, ponownie rozważa słuszność podjętych niegdyś decyzji. Słowami zaszywa tęsknotę. Pamięć bywa zawodna, opowiadane historie zatem nie zawierają odpowiedzi na wszystkie pytania. Może Virginia ujęłaby to lepiej?
Vanessa, obdarzona nieprzeciętną wrażliwością, starannie odmalowuje każdą scenę. Dostrzega smugi światła wpadające do kościoła i podpuchnięte oczy Stelli. Ukazując tragedie rodzinne, rezygnuje z farb. Pogrążeni w żałobie domownicy stają się figurami pozbawionymi kolorów.
Gdyby sfotografować całą rodzinę, majestatyczna postać Ojca górowałaby nad pozostałymi. Obok Matka, elegancka i poważna. Kocha córki bardziej, niż im się wydaje. Po prawej bracia, George oraz Gerald Duckworth. U stóp dorosłych uklękłyby dzieci: Stella i Laura (siostry przyrodnie), Thoby (wkrótce padnie ofiarą tyfusu), Adrian (po wojnie zajmie się psychoanalizą). Centralne miejsce (zdaniem Vanessy) zajęłaby Virginia albo (zdaniem Virginii) Vanessa.
Matka uosabia wiktoriański wzorzec kobiecości. Nasze potrzeby ustępują potrzebom innych, poucza córki. Gospodyni nie wolno odejść od stołu, dopóki goście nie poczują się swobodnie. Ugrzecznione milczenie podczas podwieczorku (strategia Vanessy) jest nieakceptowalne, dyskusje intelektualne (strategia Virginii) również. Mówi się tyle, ile trzeba, aby obłaskawić gderliwą ciotkę i zapewnić wstydliwym krewnym udział w rozmowie. Tak wyglądają reguły gry.
Siostry jednak nie zamierzają wypełniać niczyich poleceń. Niezależne, acz momentami zdumione własną odwagą, zachłystują się wolnością. Wyszedłszy poza ramy obrazu, Vanessa ozdabia ściany i meble. Samodzielnie wybiera znajomych, męża (będzie nim Clive Bell), kochanków (relacje łączące Vanessę, Duncana i Davida wzbudzą niemało kontrowersji). Virginia natomiast uprawia szermierkę słowną. Krytykuje kobiety szekspirowskie, nazywając je wycinankami z męskich wyobrażeń.
Ilekroć Vanessa próbuje się uspokoić, rozstawia sztalugi. Sztuka nie tylko umożliwia przetrwanie, ale i zbliża artystów (miłość rozkwita, gdy zakochani razem przedyskutowują pomysły). Życie nieudolnie naśladuje literaturę. Redaktor powstrzymałby surową pisarkę zabijającą postać za postacią, tymczasem los nie podlega opracowaniu. Stella i Thoby umierają, zanim zdążą nacieszyć się młodością.
Ilekroć Vanessa próbuje się uspokoić, rozstawia sztalugi. Sztuka nie tylko umożliwia przetrwanie, ale i zbliża artystów (miłość rozkwita, gdy zakochani razem przedyskutowują pomysły). Życie nieudolnie naśladuje literaturę. Redaktor powstrzymałby surową pisarkę zabijającą postać za postacią, tymczasem los nie podlega opracowaniu. Stella i Thoby umierają, zanim zdążą nacieszyć się młodością.
Motyw zwierciadła pełni tutaj dużą rolę. Brak zewnętrznego punktu odniesienia sprawia, że bohaterki współzawodniczą. Starsza odbija pragnienia młodszej, młodsza – niepokoje starszej. Dzielą myśli, jakby były jedną osobą malowaną różnymi farbami. Lustro zniekształca rzeczywistość. Minimalizuje (pozwala dziewczynce obserwować umierającą Matkę) lub wyolbrzymia wybrane cechy (Vanessa nabiera przekonania o idealnym życiu Virginii).
Poszukiwaczy prawdy uprzedzam: posiłkując się rzeczywistymi listami i dziennikami, Sellers stwarza powieść zamiast kolejnej biografii. Nie wiadomo, czy wierzyć wspomnieniom Vanessy. Liczne mity, nieuniknione w przypadku ludzi znanych, spowijają sylwetki obu kobiet.
Portret, który powstaje: Virginia wyśmiewa znajomych (biada temu, kto podpadnie najmłodszej córce Stephenów!). Elokwentna, zuchwała, utalentowana. Ulubienica bogów. Choroba uwalnia ją od obowiązków, pomysłowość – od odpowiedzialności. Pisząc, kradnie zasłyszane konwersacje. Nie napotyka żadnych trudności, szybko więc zdobywa sławę. Wiecznie szczęśliwa, wiecznie podziwiana (nawet przez gości oglądających wystawę Vanessy).
Portret, który – poprawia się Vanessa – powinien powstać: Virginia, choć sama często żartuje, bywa cennym sprzymierzeńcem (niestraszne jej reprymendy krewnych). Szydzi i kocha, kocha i gardzi zarazem. Darzy szacunkiem obiekt wczorajszych kpin. Doskonała artystka, co nie uznaje kompromisów.
Vanessa przedstawia siostrę bez twarzy (zob. Virginia Woolf, Virginia Woolf in a Deckchair).
Poszukiwaczy prawdy uprzedzam: posiłkując się rzeczywistymi listami i dziennikami, Sellers stwarza powieść zamiast kolejnej biografii. Nie wiadomo, czy wierzyć wspomnieniom Vanessy. Liczne mity, nieuniknione w przypadku ludzi znanych, spowijają sylwetki obu kobiet.
Portret, który powstaje: Virginia wyśmiewa znajomych (biada temu, kto podpadnie najmłodszej córce Stephenów!). Elokwentna, zuchwała, utalentowana. Ulubienica bogów. Choroba uwalnia ją od obowiązków, pomysłowość – od odpowiedzialności. Pisząc, kradnie zasłyszane konwersacje. Nie napotyka żadnych trudności, szybko więc zdobywa sławę. Wiecznie szczęśliwa, wiecznie podziwiana (nawet przez gości oglądających wystawę Vanessy).
Portret, który – poprawia się Vanessa – powinien powstać: Virginia, choć sama często żartuje, bywa cennym sprzymierzeńcem (niestraszne jej reprymendy krewnych). Szydzi i kocha, kocha i gardzi zarazem. Darzy szacunkiem obiekt wczorajszych kpin. Doskonała artystka, co nie uznaje kompromisów.
Vanessa przedstawia siostrę bez twarzy (zob. Virginia Woolf, Virginia Woolf in a Deckchair).
Susan Sellers, Vanessa i Virginia, s.222, Świat Książki, Warszawa 2014
Etykiety:
była sobie artystka,
siostry,
Susan Sellers,
Vanessa Bell,
Virginia Woolf
O małej Tove, która lubiła klecić
Była sobie kiedyś dziewczynka, która lubiła klecić. Zaczęła rysować, zanim jeszcze nauczyła się chodzić. Córka szkicowała mamę, mama szkicowała córkę – przeglądały się w tych portretach jak w lustrze. Krewni opowiadali o trollach mieszkających za piecem kaflowym. A tatuś siadał obok i mówił: pewnego dnia wyrośnie nam z Tove artystka!
klecić
1. «zajmować się czymś»
2. «wpaść na pomysł i pracować nad nim»
3. «tworzyć coś z myślą o sobie»
Odpowiadając na pytania dotyczące własnej działalności artystycznej, Tove unika wielkich słów. Kleci, nie stwarza. Ściboli w kajetach. Przemalowuje, wykreśla, zastanawia się nad każdym zdaniem. Mała w tym zasługa olśnienia, więcej zawdzięcza nieustannej dłubaninie. Lata pogłębiania warsztatu zamiast wrodzonego mistrzostwa, długotrwałe przygotowania poparte autorefleksją zamiast natchnienia.
Geniuszowi często nadaje się miano odludka, niezrozumianego i odrzuconego przez społeczeństwo. Tove, owszem, szuka azylu (najchętniej schowałaby się na wyspie), ale odczuwa też potrzebę przedyskutowania nowych pomysłów lub poglądów. Śle zatem listy do czytelników, agentów literackich i przyjaciół. Adresatkami zostają m.in.: Eva Konikoff (przyjaciółka), Tuulikki Pietilä (graficzka, partnerka życiowa, pierwowzór Too-tiki).
Rodzina, wyróżniająca się skłonnością do fantazjowania, niewątpliwie wpłynęła na rozwój artystki. Rzeźbiarz Viktor Jansson i rysowniczka Signe Hammarsten, nazywani Faffanem i Ham (wspomnienie mamy, sufrażystki oraz założycielki grupy skautek, towarzyszy pisarce w trakcie pracy nad Latem), bracia Hammarsten: Torsten (podobno uwielbiał eksplozje), Olof, Einar, Harald, dziadek Fredrik, sztokholmski pastor, i jego siostra, Willma Lindhé – wszyscy mieli dar narracji (rodzinny defekt, jak mawia Tove).
Domem dziewczynki było atelier, gdzie (współ)pracowali rodzice. Pierwsze opowiadania przypominały ceremonie. Gasiło się światło i słuchało, obgryzając paznokcie. Wziąwszy pod uwagę warunki, w jakich wzrastali, wybory rodzeństwa nie zaskakują: Per Olov zajmuje się fotografią, Lasse zaś rysowaniem. A Tove pozuje do ojcowskich rzeźb. Maluje, aż bryzga. Obdarza znaczeniem barwy (proszę pani, powie później Brandtberg, za dużo koloru).
Przeczytawszy biografię, warto przyjrzeć się wizji dzieciństwa zawartej w Córce rzeźbiarza. Spomiędzy tekstów umieszczonych w tym zbiorze przebija ogromna miłość do mamy i podziw dla krewnych. Bezimienny dziadek, co – niczym Bóg – opiekuje się ogrodem, przywołuje na myśl Fredrika, podczas gdy wieczorne uczty tatusia, korespondujące z ideą sztuki jako beztroskiej, nieskrępowanej zabawy, odzwierciedlają szaleństwa fińskiej bohemy.
Tove konstytuuje własną tożsamość przy użyciu obrazów i słów, nieustannie sięga po nowe (dodajmy: wyjątkowe, nie podąża bowiem za dominującymi prądami artystycznymi) formy wyrazu. Przerabia pracownię, zrzuca niewygodne przebrania. Malując autoportrety, próbuje uwiecznić i zrozumieć zachodzące w niej zmiany.
Westin różnymi sposobami przybliża nam życie Tove. Powieść biograficzna, pełna wspomnień i anegdot (co z tego, że ubarwionych, obruszyłby się Tatuś Muminka, to dodaje tylko rumieńców opowiadaniu), przybiera postać sprawozdania (gdzie, kiedy, ile egzemplarzy), by za chwilę przeobrazić się w rozważania literaturoznawcze. Całość, sporządzoną na podstawie zawartości domowego archiwum, zamyka obszerna bibliografia.
Kolejne rozdziały przedstawiają losy kobiety rzucającej wyzwanie męskiej tradycji, czego dowodzi choćby Autoportret w futrzanej czapce, zuchwały ukłon w stronę Rembrandta. Już w szkole płeć wpływa na odbiór utworu. Wśród młodych twórców przeważają mężczyźni, żeńskie zespoły natomiast ulegają redukcji. Im więcej wiemy o realiach wojennych, tym bardziej podziwiamy obrazki satyryczne ośmieszające proniemiecką politykę.
Wielbiciele cyklu znajdą tutaj drobiazgową historię muminkologii, od archekształtu, czyli zaśnieżonego pnia, do imperium przerastającego wszelkie oczekiwania. Baśnie, głównie Andersena, Biblia (zwłaszcza motyw burzy czy nadchodzącej zagłady) i wierzenia ludowe, spajane wyobrażeniem pokojowego społeczeństwa funkcjonującego w zgodzie z naturą, ukształtowały Dolinę Muminków. Katastrofy (sztorm, kometa) – charakterystyczne dla janssonowskiego świata – choć zagrażają krainie, zacieśniają więzi między mieszkańcami.
Ciekawostki: zdjęta strachem przed wystąpieniami publicznymi, Tove uczy się na pamięć mów w różnych językach (np. po japońsku). Odmawia Disneyowi. Ilustruje Alicję w Krainie Czarów i Hobbita. O ile pierwsza pozycja cieszy się powodzeniem, o tyle Gollum w wieńcu z wodorostów (moim zdaniem fascynujący!) nie zyskuje aprobaty tolkienistów.
Boel Westin, Tove Jansson. Mama Muminków, s. 512, Marginesy, Warszawa 2012
Etykiety:
Boel Westin,
była sobie artystka,
muminkologia,
Tove Jansson
ondobrzerukuje
Życie powinno naśladować sztukę, nie sądzicie? Czasem tak się dzieje: niespotykane imię bohaterki pochodzi z powieści pod tytułem Przygody Zeldy Roberta Edwarda Francillona, Zelda zaś obcina włosy jak Berenika.
Opis małżeństwa Fitzgeraldów ma charakter literacki. Jest to, jak podkreśla Fowler, fikcja oparta na życiu realnych osób. Autorka starała się zachować wszystkie ustalone fakty, ale jej głównym celem było stworzenie portretu psychologicznego (przy użyciu narracji pierwszoosobowej). Przed lekturą należy zapomnieć o powszechnych opiniach dotyczących opisywanej pary. Jeśli myślicie, że Scott jest tylko alkoholikiem, a Zelda - tylko wariatką, przyjrzyjcie się uważniej.
Opis małżeństwa Fitzgeraldów ma charakter literacki. Jest to, jak podkreśla Fowler, fikcja oparta na życiu realnych osób. Autorka starała się zachować wszystkie ustalone fakty, ale jej głównym celem było stworzenie portretu psychologicznego (przy użyciu narracji pierwszoosobowej). Przed lekturą należy zapomnieć o powszechnych opiniach dotyczących opisywanej pary. Jeśli myślicie, że Scott jest tylko alkoholikiem, a Zelda - tylko wariatką, przyjrzyjcie się uważniej.
Czytelnik poznaje Zeldę w 1918 roku. Osiemnastoletnia dziewczyna nie dba o uwagi matki - gdy tylko wychodzi z domu, z ulgą zrzuca pantofle i pończochy. Chłopcy ją lubią, bo często opowiada śmiałe dowcipy i pozwala się całować, jeśli akurat ma na to ochotę. Po jednym z występów baletowych, w których brała udział, podchodzi do niej porucznik Scott Fitzgerald.On się składa wyłącznie ze słów
Żaden ze znanych Zeldzie chłopców nie interesuje się szczególnie książkami, cieszy ją zatem możliwość rozmowy o ulubionych powieściach (należy do nich m.in. twórczość Kiplinga). Chętnie przegląda również maszynopisy rozdziałów. Kiedy nowy znajomy długo nie dzwoni, panna Sayre dochodzi do wniosku, że Scott - jak każdy pisarz - składa się wyłącznie ze słów.
Na początku są to głównie komplementy. Zakochani jedzą w łóżku śniadania złożone z owoców, kremu oraz babeczek i myją zęby w tej samej łazience. Wraz z upływem czasu jednak wypowiadane słowa stają się gorzkie i szorstkie. Nie może mi się prawie udać, mówi Scott, podporządkowując całe swoje życie tworzeniu dzieł doskonałych. Chce, by jego utwory były zarówno popularne, jak i wartościowe. Po każdym kolejnym niepowodzeniu coraz częściej sięga po alkohol.
Mężczyzna ukazany przez Fowler nie wzbudza sympatii. Jeśli kobieta utrzymuje dom w porządku i dba, by pięknie wyglądać, gdy mąż wraca z pracy, jeśli go kocha, wspiera i zachęca - oznajmia Fitzgerald - ma zajęcia aż nadto. Nie uzgodniwszy tego z żoną, powiadamia Emersona, że Zelda nie weźmie udziału w filmie, bo tęskni za macierzyństwem. Chorobliwie zazdrosny, robi jej wyrzuty z powodu spotkań z innymi mężczyznami. Zamiłowanie ukochanej do malarstwa nazywa błahą rozrywką.
Sami piszemy dla siebie role
Fitzgeraldowie stają się powszechnie znani. Kelner, zobaczywszy Scotta rozdającego autografy innym klientom (którzy, co warto podkreślić, wzięli go za aktora), zaraz podchodzi z taką samą prośbą. Następnie pyta: proszę mi przypomnieć, jaki jest tytuł pańskiej książki?
Już od pierwszego rozdziału Fowler podkreśla rolę plotki w kształtowaniu się legendy osobowości. Kapitan Haskins wypytuje, czy panna Sayre naprawdę chodzi wokół basenu w kostiumie kąpielowym w kolorze ciała. Scott denerwuje się, kiedy słyszy o spotkaniach żony z Łarionowem. Jak to wygląda? Kobieta włócząca się po mieście z mężczyzną, który nie jest jej mężem? Niektórzy czytelnicy gazet zazdroszczą Fitzgeraldom wystawnego życia, inni krzywią się z niesmakiem, słysząc o kolejnym skandalu. Nie da się zwalczyć plotek, stwierdza Zelda, trzeba z nimi współdziałać.
Autorka porusza problem autokreacji. Scott prowadzi demonstracyjny styl życia, ponieważ chce przedstawić siebie w określony sposób, chce zwiększyć grono odbiorców. Przeprowadza ze sobą fikcyjne wywiady i żąda, by Zelda grała rolę żony sławnego autora. To gra, wyjaśnia. Najważniejsze, że sami piszemy dla siebie role.
Zelda jednak chce być sobą - nie Rosalind, nie posłuszną córką czy panią Fitzgerald. Nieustannie dąży do samorealizacji poprzez sztukę: tańczy, pisze opowiadania i recenzje do gazet, maluje. Występy baletowe umożliwiają bohaterce wcielanie się w różnorodne role - inne niż jej własna. Bycie sobą oznacza także bycie postacią, którą grasz na scenie, zauważa Scott.
Skąd wiadomo, że jest się pisarzem
Łarionow twierdzi, że Zelda ma umysł artysty. Trudno temu zaprzeczyć: bohaterka prowadzi dziennik, wysyła długie listy do przyjaciółek i recenzuje książki męża. Kiedy Scott zastanawia się, jak zatytułować najnowszą powieść, to ona mu podpowiada: Wielki Gatsby. Sporo dialogów w utworach Fitzgeralda pochodzi bezpośrednio z jej zapisków, a słynne słowa Daisy (mam nadzieję, że będzie głupia - to najlepsza rzecz dla kobiety na tym świecie: być pięknym głuptaskiem) wypowiada Zelda tuż po porodzie.
Skąd wiadomo, że jest się pisarzem
Łarionow twierdzi, że Zelda ma umysł artysty. Trudno temu zaprzeczyć: bohaterka prowadzi dziennik, wysyła długie listy do przyjaciółek i recenzuje książki męża. Kiedy Scott zastanawia się, jak zatytułować najnowszą powieść, to ona mu podpowiada: Wielki Gatsby. Sporo dialogów w utworach Fitzgeralda pochodzi bezpośrednio z jej zapisków, a słynne słowa Daisy (mam nadzieję, że będzie głupia - to najlepsza rzecz dla kobiety na tym świecie: być pięknym głuptaskiem) wypowiada Zelda tuż po porodzie.
Poranek z życia pisarza - Scott wyrusza do kawiarni w poszukiwaniu innych autorów, którzy podobnie jak on z zapałem komentują cudzą twórczość, samemu nie tworząc zbyt wiele. Zelda również nie jest usatysfakcjonowana. W żadnej dziedzinie nie odnosi spektakularnego sukcesu, jej pierwsze opowiadanie natomiast wychodzi pod nazwiskiem męża. Fitzgeraldów zatem łączy poczucie niespełnienia.
Nieumalowane i niecałowane usta
Emancypacja odgrywa w powieści dużą rolę. Osiemnastoletnia Zelda wie, ilu zasad powinny przestrzegać dziewczęta. Wyprostowane plecy. Nieumalowane (i niecałowane!) usta. Wyprasowana spódnica. Skromna mowa. Czyste myśli. Sara, przyjaciółka głównej bohaterki, uczęszcza na wykłady o seksuologii i prowadzi kampanię na rzecz praw kobiet. Poznana na Capri Nicola opowiada o Safonie, Lesbos i zmiennym pociągu seksualnym. Zdaniem cioci Julii zaś emancypacja oznacza, że tym bardziej należy się starać o własne sprawy.
Flapperki, nowoczesne i niezależne dziewczyny, zdobyły ogromną popularność w latach dwudziestych, do czego przyczyniła się - między innymi - twórczość Fitzgeralda. Sprzeciwowi wobec tradycyjnych konwencji obyczajowych towarzyszył charakterystyczny styl: brak gorsetu, sukienki niepodkreślające biustu ani talii, fryzura zwana bobem, mocny makijaż.
Ktoś mógłby zapytać, co to znaczy ondobrzerukuje. To znaczy - wyjaśnia córce Zelda - że zdaniem tatusia początkujący pisarz ma talent, ale nigdy nie będzie tak dobry jak tatuś.
Autorka potrafi rozbawić. W jednym z utworów Scotta młodzi Fitzgeraldowie (czy też ich fikcyjne odpowiedniki) występują jako para niepotrafiąca zarządzać pieniędzmi i mająca z tego powodu wiele kłopotów. Właśnie tegośmy się z mamą obawiali, pisze pan Sayre w kilka tygodni po publikacji. Innym razem zakochani rozmawiają o wojnie. Bunny wrócił cały, zauważa Scott. I Bishop, i Biggs. W odpowiedzi słyszy: prawda, ale twoje nazwisko zaczyna się inną literą, więc nie miałbyś tak lekko.
Bohaterka w dowcipny, ale i błyskotliwy sposób komentuje opisywane wydarzenia. Każdy, nawet Scott, może stać się obiektem jej żartów (przykładowo, Zelda nie sądzi, by zapuszczany przez męża wąsik pomagał mu w pisaniu).
Bohaterka w dowcipny, ale i błyskotliwy sposób komentuje opisywane wydarzenia. Każdy, nawet Scott, może stać się obiektem jej żartów (przykładowo, Zelda nie sądzi, by zapuszczany przez męża wąsik pomagał mu w pisaniu).
Therese Anne Fowler, Z. Powieść o Zeldzie Fitzgerald, s. 416, Amber, Warszawa 2013
Etykiety:
była sobie artystka,
Therese Anne Fowler,
Zelda Fitzgerald



