Londyn, 1792. Znaleziono zwłoki Pierre'a Renarda, złotnika. Wiadomość o jego śmierci obiega miasto. Nocami trzeba zachować szczególną ostrożność, mówią sąsiedzi – i myślą: dobrze mu tak. Pierre był draniem. Przystojnym, owszem, ale bezwstydnym. Wykorzystywał innych, dążąc do statusu szlachcica. Oszukiwał. Klientom schlebiał, nieprzyjaciół oczerniał. Nic dziwnego, że skończył z poderżniętym gardłem. Dostał to, na co zasłużył.
Bies by się uśmiał
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawno temu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawno temu. Pokaż wszystkie posty
Lalka(rka)
1686, Amsterdam. Osiemnastoletniej Petronelli doskwiera samotność. Jej mąż, Johannes Brandt, pracuje do późna i opiekuje się psami, zapominając o ludziach, szwagierka natomiast otwiera usta tylko po to, by wygłosić kolejne kazanie. Nocne szepty wzbudzają podejrzenia, prezenty zastępują pocałunki.
A najbardziej zaskakującym prezentem jest olbrzymia komoda, której wnętrze przedstawia dom Brandtów. Choć dokładność, z jaką odtworzono poszczególne pomieszczenia, niepokoi, Petronella nie ma wyboru. Zamawia mebelki i umieszcza je w misternie wykonanych pokoikach. Zajmuje się miniaturowym gospodarstwem, wierząc, że pewnego dnia zostanie prawdziwą panią domu.
Etykiety:
Amsterdam,
dawno temu,
domek dla lalek,
Jessie Burton,
lalka
Ewy igrające z wężem
Gentilly, 1266. Zbliża się noc świętojańska. W domu Mateusza Leclerca trwa wielka krzątanina – dziewczęta zbierają maliny i poziomki, a starsi chłopcy gromadzą chrust na wieczorne ognisko. Kiedy przygotowania dobiegną końca, wszyscy udadzą się na procesję. Tam, zgromadzeni wokół gospodarza, odśpiewają Te Deum. Młodzi będą tańczyć, śmiejąc się i skacząc przez płomienie. Zanim odejdą, jeden z domowników zabierze zwęglone kawałki drewna, aby chroniły rodzinę przed pożarem.
Sobótka to niezwykłe święto. Letnie przesilenie nadaje ziemi tajemną moc, pozwala nawet zobaczyć przyszłość. Panny zatem zbierają piołun. Jeśli się włoży kilka liści pod poduszkę, we śnie pojawi się twarz ukochanego i/lub męża. Tak, na Jana się okaże, co nam rok da w darze.
Sobótka to niezwykłe święto. Letnie przesilenie nadaje ziemi tajemną moc, pozwala nawet zobaczyć przyszłość. Panny zatem zbierają piołun. Jeśli się włoży kilka liści pod poduszkę, we śnie pojawi się twarz ukochanego i/lub męża. Tak, na Jana się okaże, co nam rok da w darze.
Marynia Leclerc (córka Matyldy i Szczepana Brunelów, których pamiętamy z Sekretów kobiet złotnika) zastanawia się nad powtórnym małżeństwem. Mimo nalegań kochanka nie podejmuje pochopnej decyzji, życie nauczyło ją ostrożności. Owszem, Kosma posiada ogromny majątek, ale czy dzieci zaakceptują ojczyma? Ponadto, wdowieństwo wiąże się z pewną swobodą. Co, jeśli po ślubie Kosma zażąda, żeby została w domu? Za nic w świecie nie porzuciłaby pracowni iluminatorskiej!
Bourin poświęca dużo miejsca na opis matczynej miłości. Widzimy, jak Marynia próbuje utrzymać równowagę między życiem matki i kobiety. Nie bagatelizuje dziecięcych smutków, nie kpi z zauroczenia, jakiemu ulega mała Oda. Pełna życzliwości, czułą litanią spieszczeń („moja perełko, mój kwiatuszku, moja sikorko”) łagodzi wszelkie zmartwienia. A zmartwień jest mnóstwo. Oda, spędzająca całe godziny na wymyślaniu niestworzonych historii i z ukrycia śledząca poczynania dorosłych, oraz Wiwien, ruchliwy, jakby go pchły oblazły, mimowolnie przysparzają matce kłopotów.
Marynia i Kosma, osiemnastoletni Dżamel gotów przysięgać na święte relikwie, bliźniaczki zabawiające się kosztem znajdowanych bez trudu adoratorów – można by pomyśleć, że nastała tu jakaś miłosna epidemia. Autorka z właściwą sobie wnikliwością odmalowuje rozmaite uczucia. Florina i Filip utknęli w rolach czułych małżonków narzuconych przez bolesną przeszłość, Agnieszkę i Tomasza natomiast połączyła namiętność.
Marynia i Kosma, osiemnastoletni Dżamel gotów przysięgać na święte relikwie, bliźniaczki zabawiające się kosztem znajdowanych bez trudu adoratorów – można by pomyśleć, że nastała tu jakaś miłosna epidemia. Autorka z właściwą sobie wnikliwością odmalowuje rozmaite uczucia. Florina i Filip utknęli w rolach czułych małżonków narzuconych przez bolesną przeszłość, Agnieszkę i Tomasza natomiast połączyła namiętność.
Winą za sercowe rozterki należy obarczyć poezję truwerów albo opowieści pochodzące z Bretanii. Burzliwe dzieje Agnieszki i Tomasza (narratorka porównuje ich do Tristana i Izoldy Jasnowłosej) przypominają średniowieczne poematy miłosne. Uratowawszy dziewczynę przed trującym jadem żmii, Tomasz natychmiast postanawia się z nią ożenić. Niestety, prawo kościelne zakazuje związków między kuzynami, rodzice więc zamierzają za wszelką cenę rozdzielić zakochanych. Komentarze krewnych, podobnie jak portrety opryszków o rysach twarzy godnych Lancelota, stanowią subtelną krytykę popularnych wówczas romansów dworskich.
Podążając śladami młodej pary, trafiamy na Cmentarz Niewiniątek, gdzie nędzarze, włóczędzy i przestępcy szukają azylu (mało tam prawdziwych niewiniątek).[1] Wśród innych miejsc odwiedzanych przez bohaterów znajdują się sklep galanteryjny Kosmy (pełen m.in. wstążek, rękawiczek, przypraw, instrumentów muzycznych, piłek, lalek) i jego okazały dom na ulicy Troussevache, umieszczony w samym sercu lasu de Laye dwór myśliwski przekształcony w kryjówkę bandytów, a także Grand Châtelet, siedziba prewota.
Na miłości świat się nie kończy. Powieść obfituje w dramatyczne wydarzenia i nagłe zwroty akcji. Czytelników czekają groźne starcia z bandą złoczyńców, tajemnicze zniknięcia, porwanie, szantaż, królewskie krucjaty (ci, którzy zapoznali się z Sekretami kobiet złotnika, z pewnością zauważą powtarzające się wątki). Kiedy spodziewamy się chwili wytchnienia, stajenny przybiega z informacją o trupie wyłowionym przy młynie.
Skrupulatność, z jaką Bourin przybliża nam trzynastowieczne życie codzienne, nie ulega zmianie. Autorka zwraca uwagę nie tylko na stroje czy posiłki, ale i na kremy przeciwzmarszczkowe (np. z wosku, spermacetu i oliwy ze słodkich migdałów). W kolejnych rozdziałach poznajemy – wraz z ciekawskim Wiwienem – obowiązki rymarza bądź wysłuchujemy cennych rad Maryni pracującej nad ilustracją manuskryptu.
Nie brakuje tutaj wyrazistych bohaterek. Pustelnica Enida, od dziesięciu lat zamknięta w maleńkiej celi, nigdy nie traci dobrego humoru. Mieszkańcy przychodzą do niej po radę i przynoszą dary w zamian za modlitwę. Bertrada, matka sześciorga nieślubnych dzieci, również zachwyca pogodą ducha. Co więcej, podkreślona zostaje solidarność kobieca. Między dziewczętami rodzą się długotrwałe przyjaźnie, niezakłócane błahymi sporami o nieosiągalny obiekt westchnień. Marynia, objąwszy pieczę nad pracownią iluminatorską, zwalnia starego czeladnika i przyjmuje Katelinę.
Na miłości świat się nie kończy. Powieść obfituje w dramatyczne wydarzenia i nagłe zwroty akcji. Czytelników czekają groźne starcia z bandą złoczyńców, tajemnicze zniknięcia, porwanie, szantaż, królewskie krucjaty (ci, którzy zapoznali się z Sekretami kobiet złotnika, z pewnością zauważą powtarzające się wątki). Kiedy spodziewamy się chwili wytchnienia, stajenny przybiega z informacją o trupie wyłowionym przy młynie.
Skrupulatność, z jaką Bourin przybliża nam trzynastowieczne życie codzienne, nie ulega zmianie. Autorka zwraca uwagę nie tylko na stroje czy posiłki, ale i na kremy przeciwzmarszczkowe (np. z wosku, spermacetu i oliwy ze słodkich migdałów). W kolejnych rozdziałach poznajemy – wraz z ciekawskim Wiwienem – obowiązki rymarza bądź wysłuchujemy cennych rad Maryni pracującej nad ilustracją manuskryptu.
Nie wszystkie spotkania należą do przyjemnych; autorka, niestety, nie ustrzegła się stereotypów. Z przykrością czytałam, jak związany Tomasz odrzuca zaloty swojego oprawcy, Jocerana. Człowieka zastąpiła karykatura: Joceran grucha, nie mówi, stroi się, nie ubiera (narratorka określa go mianem lalusia), opada z wdziękiem na krzesło, nie siada. To oszust, ale zaskakująco naiwny, zbój, ale nieskory do walki. Tylko jedno mu w głowie.
Przedstawiciele najstarszego pokolenia oddają się rozważaniom filozoficznym. Jest czas siewu i czas żniw, czas zabawy i czas medytacji, powiada Mateusz (w Gentilly, gdzie rytm życia wyznaczają pory roku, nie sposób uniknąć podobnych porównań, po zimie przychodzi wiosna, potem lato i opowieść się powtarza). Człowiek zbiera to, co zasiał. On albo jego bliscy, tajemnice krewnych bowiem burzą spokój całej rodziny.
Przedstawiciele najstarszego pokolenia oddają się rozważaniom filozoficznym. Jest czas siewu i czas żniw, czas zabawy i czas medytacji, powiada Mateusz (w Gentilly, gdzie rytm życia wyznaczają pory roku, nie sposób uniknąć podobnych porównań, po zimie przychodzi wiosna, potem lato i opowieść się powtarza). Człowiek zbiera to, co zasiał. On albo jego bliscy, tajemnice krewnych bowiem burzą spokój całej rodziny.
Niełatwo się starzeć. Szarlota coraz częściej odczuwa zmęczenie i rozgoryczenie na widok młodych par. Chciałaby znów mieć szesnaście lat, umówić się z chłopcem i kazać mu czekać, i wiedzieć, że ma się tyle innych wieczorów przed sobą. Zaraz jednak porzuca te niewesołe myśli, pacjentka czeka. Działalność medyczki pozwala pisarce na kontynuację przemyśleń dotyczących cierpienia niewinnych. Nie ma żywotów doskonałych – dochodzi do wniosku Szarlota, z szacunkiem zamykając oczy zmarłym – ludzka niedoskonałość jest nieunikniona.
Jeanne Bourin, Burzliwe lato, s.371, Noir sur blanc, Warszawa 2014
[1] Po dodatkowe informacje zajrzyjcie do Huizingi: „Obok kostnic znajdowały się kramy, a pod arkadami gromadziły się kobiety lekkich obyczajów. Obok kościoła nie brakowało nawet zamurowanej pustelnicy. Czasem jakiś mnich z zakonu żebrzącego wygłaszał kazanie na tym osobliwym miejscu, które już samo było niejako kazaniem w średniowiecznym stylu. (...) Urządzano tam nawet festyny. Do tego więc stopnia to, co wzbudzało grozę, stało się rzeczą codzienną!” (zob. J. Huizinga, Jesień średniowiecza, PIW, Warszawa 1992, s. 181).
[1] Po dodatkowe informacje zajrzyjcie do Huizingi: „Obok kostnic znajdowały się kramy, a pod arkadami gromadziły się kobiety lekkich obyczajów. Obok kościoła nie brakowało nawet zamurowanej pustelnicy. Czasem jakiś mnich z zakonu żebrzącego wygłaszał kazanie na tym osobliwym miejscu, które już samo było niejako kazaniem w średniowiecznym stylu. (...) Urządzano tam nawet festyny. Do tego więc stopnia to, co wzbudzało grozę, stało się rzeczą codzienną!” (zob. J. Huizinga, Jesień średniowiecza, PIW, Warszawa 1992, s. 181).
Etykiety:
dawno temu,
Jeanne Bourin
Dziwy i dziwactwa
Trzy siostry Philpot przeprowadzają się do nadmorskiego kurortu Lyme Regis w Dorset. Odosobnione miasteczko w niczym nie przypomina Londynu, kobiety jednak nie narzekają na nudę. Margaret nie opuszcza ani jednego balu, Louise opiekuje się ogrodem ze stuletnim drzewem tulipanowca, a Elizabeth spaceruje po plaży. Podczas jednej z takich wędrówek znajduje skamieniałość: pierwszą, drugą, trzecią... Dumna z powstającej kolekcji, wybiera się do stolarza po gablotę; tam poznaje Mary, młodą dziewczynę bez trudu rozpoznającą różne typy amonitów.
Elizabeth twierdzi, że każdy ma jeden wiodący rys. U Margaret są to ręce, u Louise i Mary - oczy, ona sama zaś wyróżnia się wydatną żuchwą. Niestety! Wolałaby należeć do ludzi o wyrazistych oczach, oni bowiem zwracają największą uwagę na to, jak funkcjonuje świat. Wbrew własnym obawom Elizabeth wnikliwie obserwuje otoczenie i nie stroni od komentarzy: jej zdaniem rozgardiasz w warsztacie Anningów odzwierciedla nieład duchowy. Bywa też dowcipna. Powiedziawszy, że najbardziej ruchliwe u brata są brwi, przypomina o spoczywającej na nim odpowiedzialności za losy czterech sióstr - każdemu w takim położeniu ruszałyby się brwi.
Kolejne rozdziały, utrzymane w narracji pierwszoosobowej, naprzemiennie przybliżają czytelnikowi myśli głównych bohaterek, Elizabeth i Mary. Chevalier, o czym dowiadujemy się z posłowia (zakończonego obszernymi wskazówkami bibliograficznymi), opiera swoją powieść na faktach. Mary Anning była dziewiętnastowieczną zbieraczką skamieniałości. Znalazła kompletny szkielet ichtiozaura, plezjozaura oraz pterozaura, przyczyniając się tym samym do rozwoju paleontologii i zmiany sposobu myślenia o świecie.
Razem w milczeniu
To historia przyjaźni dwóch kobiet. Wydawałoby się, że dzieli je wszystko: niezamężna dama z klasy średniej i młoda dziewczyna utrzymująca się z pracy. Elizabeth dba o porządek, każdy okaz opatruje etykietką. Mary z kolei nie używa nazw linneańskich (ichtiozaura woli nazywać ichtkiem). Obie jednak porównują obcowanie ze znaleziskiem do odkrywania nowego świata. Tak, czasem zazdroszczą sobie nawzajem efektów pracy. Szukanie dziwów trawi człowieka jak głód - inne sprawy tracą znaczenie. Ale następnego dnia bohaterki znów idą na plażę, spacerują w milczeniu, podniesione na duchu obecnością przyjaciółki.
Ich znajomość opiera się na czymś więcej niż na wspólnej pasji. Elizabeth dostrzega w Mary bratnią duszę odznaczającą się bogatymi przeżyciami wewnętrznymi i skłonną do refleksji. Oglądając rozgwieżdżone niebo, Mary czuje się mała i pusta w środku. Dramatyczne wydarzenia boleśnie przypominają, że jest śmiertelna. Dziewczyna myśli o własnym ciele po śmierci: czy ona też zamieni się w kamień? Czego się dowie człowiek, gdy ją wykopie?
Zarówno Elizabeth, jak i Mary nie należą w pełni do lokalnej społeczności. Otwarcie lekceważą obowiązujące normy postępowania. Samotne wędrówki, przebywanie w towarzystwie osób o wyższej pozycji społecznej, dziwaczne zainteresowanie połączone z nieustającym poszerzaniem wiedzy - mieszkańcy Lyme, nie rozumiejąc podobnego zachowania, surowo osądzają tych, którzy się wyróżniają. Dlatego (między innymi) Joe Anning, starszy brat Mary, postanawia zająć się tapicerstwem. Pragnie poczucia bezpieczeństwa i sposobności, by stać się szanowanym człowiekiem.
Zajęcie, które nie przystoi damie
Powieść Chevalier jest również świadectwem niezwykłej pasji. Dwudziestopięcioletnia Elizabeth, przy nikłym prawdopodobieństwie zamążpójścia, potrzebuje jakiegoś hobby, żeby wypełnić czas. Przypadkowe znalezisko pomaga jej podjąć decyzję. Kto by się spodziewał takich rezultatów? Skamieliny, jak się okazuje, dostarczają szczególnej przyjemności: człowiek trzyma w rękach martwe od dawna ciało i zastanawia się nad przeszłością. Nieważne, że to zajęcie nie przystoi damie.
Odkrycie Mary ściąga na lokalne plaże geologów i dżentelmenów o zainteresowaniach geologicznych. Skamieniałości stają się modne. Każdy chce zdobyć własnego ichtiozaura, ale nie wszyscy szanują prawa znalazcy do okazu. Oprócz poszukiwaczy przybywają kolekcjonerzy. Czym oni się różnią? Kolekcjoner posiada gablotę z osobliwościami, w której umieszcza efekty pracy innych ludzi. Nie dysponuje rozległą wiedzą na temat swojej kolekcji; wystarczy, że dzięki tym kamieniom może uchodzić za człowieka światowego. Poszukiwacz zaś spędza w terenie całe godziny. Bada i porównuje poszczególne okazy, a potem wyciąga wnioski z obserwacji.
Może nie ma odpowiedzi
Czym właściwie są dziwy znajdowane na plaży? To czarcie dzieło, mawiają mieszkańcy Lyme, ze strachem spoglądając na zbiory Anningów. Obawy jednak nie zmniejszają ich ciekawości - usłyszawszy o wydobyciu czaszki, bez sprzeciwu płacą pensa i spieszą obejrzeć potwora. Dziedzic Henley natomiast nazywa amonity robakami. Właśnie w tej pozycji grzebiemy zmarłych, upiera się. Martwe robaki też zwijają się w kłębek.
Elizabeth z właściwą sobie dociekliwością zbiera informacje. Nie mamy do czynienia z krokodylem ani z żadnym znanym nam gatunkiem, uznaje po wielogodzinnych analizach. Stworzenie, którego szczątki odkryliśmy, już nie istnieje. Ale na tym nie koniec pytań. Czy to znaczy, że Bóg nie zaplanował, co zrobi ze wszystkimi zwierzętami? Jeśli pozwolił tym nieszczęśnikom wymrzeć, jakie są jego zamiary wobec ludzi? Czy i my mamy wymrzeć? Pełna rozterek, Elizabeth udaje się do pastora Jonesa. Duchowny, o czym się wnet przekonuje, nie podziela jej wątpliwości. Co myślę?, pyta. W ogóle o nich nie myślę.
Może nie ma odpowiedzi
Czym właściwie są dziwy znajdowane na plaży? To czarcie dzieło, mawiają mieszkańcy Lyme, ze strachem spoglądając na zbiory Anningów. Obawy jednak nie zmniejszają ich ciekawości - usłyszawszy o wydobyciu czaszki, bez sprzeciwu płacą pensa i spieszą obejrzeć potwora. Dziedzic Henley natomiast nazywa amonity robakami. Właśnie w tej pozycji grzebiemy zmarłych, upiera się. Martwe robaki też zwijają się w kłębek.
Elizabeth z właściwą sobie dociekliwością zbiera informacje. Nie mamy do czynienia z krokodylem ani z żadnym znanym nam gatunkiem, uznaje po wielogodzinnych analizach. Stworzenie, którego szczątki odkryliśmy, już nie istnieje. Ale na tym nie koniec pytań. Czy to znaczy, że Bóg nie zaplanował, co zrobi ze wszystkimi zwierzętami? Jeśli pozwolił tym nieszczęśnikom wymrzeć, jakie są jego zamiary wobec ludzi? Czy i my mamy wymrzeć? Pełna rozterek, Elizabeth udaje się do pastora Jonesa. Duchowny, o czym się wnet przekonuje, nie podziela jej wątpliwości. Co myślę?, pyta. W ogóle o nich nie myślę.
Starą panną nie chcę być
Pogodziłam się z samotnym życiem, mówi Elizabeth. Staropanieństwo było mi pisane - kogo zainteresowałaby nieładna, koścista i nazbyt poważna panna? Bohaterka nieustannie powraca myślami do kwestii małżeństwa. Robiąc zakupy, zastanawia się, czy sprzedawca próbuje wykorzystać kobietę pozbawioną męskiej opieki. Mogłaby, oczywiście, poprosić brata o pomoc, ale nie chce polegać na nim w każdej sprawie.
Mężatki charakteryzują się niezachwianym samozadowoleniem, które wynika z braku zmartwień dotyczących przyszłości. Widok Margaret kolejny raz tańczącej z Jamesem Footem zatem raduje pozostałe siostry. Niestety, James wkrótce opuszcza okolicę, uznawszy, że panny Philpot nie mają ani pieniędzy, ani pozycji. Wraz z najlepszą okazją zamążpójścia Margaret traci popularność wśród znajomych. Różnokolorowe turbany nie są już wyrazem śmiałości, zostają za to przykładem dziwactwa.
Mężatki charakteryzują się niezachwianym samozadowoleniem, które wynika z braku zmartwień dotyczących przyszłości. Widok Margaret kolejny raz tańczącej z Jamesem Footem zatem raduje pozostałe siostry. Niestety, James wkrótce opuszcza okolicę, uznawszy, że panny Philpot nie mają ani pieniędzy, ani pozycji. Wraz z najlepszą okazją zamążpójścia Margaret traci popularność wśród znajomych. Różnokolorowe turbany nie są już wyrazem śmiałości, zostają za to przykładem dziwactwa.
Kobiety nie mają wstępu na spotkania naukowe poświęcone odnalezionym skamieniałościom. Nazwiska Mary nie umieszczą w pismach akademickich czy książkach, ludzie zapomną o Anningach, martwi się Elizabeth. Zmuszony przez nią, jeden z organizatorów w kilku słowach wyraża wdzięczność dla zbieraczki. Tylko tyle. Zdawkowe podziękowania, które utoną w zalewie zachwytów nad ichtiozaurem.
Utonęły?
Utonęły?
Tracy Chevalier, Dziewczyna z muszlą, s. 400, Wyd. Albatros, Poznań 2011
Etykiety:
dawno temu,
powieść biograficzna,
siostrzeństwo,
ten obcy,
Tracy Chevalier
Serce mam gorące
Ślub piętnastoletniej córki, Floriny, sprawia, że Matylda (mimo swoich trzydziestu czterech lat) czuje się starą kobietą. Urodziła dziewięcioro dzieci, a teraz patrzy, jak - jedno po drugim - opuszczają gniazdo rodzinne. Mąż, paryski złotnik, dobiega już sześćdziesiątki; łącząca ich niegdyś namiętność przemieniła się w pełne czułości przywiązanie. Co więcej, Wilhelm, kuzyn zięcia, który w trakcie wesela przykuł jej uwagę, zdaje się nie dostrzegać nikogo poza Floriną.
Komu mogłaby się zwierzyć? Strachliwa pokojówka nie wzbudza zaufania, bohaterka zatem udaje się do Szarloty. Przyjaciółka Matyldy jest jedną z wielu niezwykłych kobiet występujących w powieści. Osoba o wielkiej dobroci, po tajemniczym zniknięciu męża znalazła w sobie dość sił, aby podjąć pracę w jego zawodzie. Czytelnik poznaje również kościstą Berodę Thomassin, która zręcznie kopiuje manuskrypty, wzbudzając tym zazdrość wielu mnichów, Margot Taillefer, osiemdziesięcioletnią babkę o szorstkim charakterze, czy Jolandę troskliwie opiekującą się sparaliżowanym wskutek wypadku synem.
Jeden z głównych wątków dotyczy miłości Wilhelma do Floriny. Uczucie młodego handlarza futrami ma charakter destrukcyjny; natarczywe spojrzenia z czasem prowadzą do zuchwałych próśb i szantaży. Dlaczego wciąż mnie odpychasz?, pyta. Nie widzisz, jak cię kocham? Uratowawszy któregoś dnia życie ukochanej, nie waha się dłużej - wyznaje jej miłość. Nasze spotkanie nie mogło być przypadkowe, przekonuje. To znak, że miłość jest nam pisana! Od tej pory, nie zważając na rodzinę dziewczyny, robi wszystko, aby zrealizować swoje pragnienia. Mąż Floriny stanowi dla niego tylko przeszkodę: kiedy zostaje pobity do nieprzytomności, Wilhelm żałuje, że rany nie okazały się śmiertelne.
Bourin przedstawia wiele odmian miłości: romanse, uczucia niespełnione, złamane serca, więź matki z dziećmi. Matylda poślubiła Szczepana, mając czternaście lat. Podziwiała wówczas tego powszechnie szanowanego mężczyznę, teraz zaś coraz częściej zdarza się jej żałować pochopnej decyzji. Małżonków łączą dzieci i długie godziny spędzone nad obróbką złota. Bohaterka bowiem chętnie projektuje monstrancje albo biżuterię w sklepie na ulicy Quincampoix. Florina i Filip natomiast są świeżo po ślubie, świata poza sobą nie widzą. Nigdy się nie zmienimy, deklarują.
Doradzając synowi w sprawie małżeństwa, Matylda mówi, aby nie podejmował pochopnych decyzji. Tyle ludzi myli się co do swoich prawdziwych uczuć i zbyt późno zdaje sobie z tego sprawę. Skąd (zwłaszcza w młodym wieku) mieć pewność, że jest się zakochanym w kobiecie (albo mężczyźnie), a nie w miłości czy w adoracji?
Autorka porusza też temat starości. Osiemdziesięcioletnia Margot często opowiada o wydarzeniach ze swojej młodości, znacznie je upiększając. Za moich czasów wolało się bardziej męskich mężczyzn, krytykuje męża Floriny. Takie uwagi nie zjednują jej przyjaciół. Matylda jednak rumieni się ze wstydu, kiedy, odrzuciwszy po raz kolejny zaproszenie krewnej, dostrzega smutek na twarzy starej kobiety. Bohaterka obawia się, że najlepsze lata ma już za sobą. Uwodziciele już na nią nie zwracają uwagi, został jedynie bezsilny mąż. Mimo ponurych rozmyślań nie pozwala się zepchnąć na boczny tor. Pracuje zarówno w domu, jak i w sklepie, stawia przed sobą cele i realizuje je z nieustającą determinacją.
Co wiemy o bliźnim? Tylko pozory, stwierdza Matylda. Jej córka dochodzi do podobnego wniosku: w gruncie rzeczy nic nie wiemy o uczuciach otaczających nas osób. Wszyscy, jak się okazuje, mają sekrety. Pod chłodną, bladą twarzą kryje się zraniona duma i znużenie. Próby nawiązania kontaktu nie przynoszą rezultatów, bohaterowie powieści pozostają samotni. Wilhelm czuje uścisk dłoni Matyldy, ale go nie odwzajemnia. Cóż mógłby dla niej zrobić?
W powieści nie brakuje rozważań religijnych i filozoficznych. Matylda dyskutuje z Piotrem, kanonikiem kapituły Notre-Dame, o dwoistej naturze człowieka. Nie chce zrezygnować z życia cielesnego, ale nie zamierza zdradzać męża - czyżby rozminęła się z powołaniem? Pojawia się również kwestia odpowiedzialności i kary za zbrodnię. Co robić: odpowiedzieć niegodziwością na niegodziwość czy wybaczyć jak prawdziwy chrześcijanin? W obliczu nieszczęść spotykających rodzinę złotnika rodzi się pytanie o sens cierpienia. Nasze losy są niezrozumiałe - mówi sparaliżowany Marek - jeśli chce się je pojąć za pomocą tak ubogiego instrumentu, jakim jest rozum.
Bourin pieczołowicie odtwarza życie codzienne mieszkańców trzynastowiecznego Paryża. Przedstawia strój Matyldy w najdrobniejszych szczegółach, nie zapominając o złoconych ciżemkach z kordobańskiej skóry czy haftowanym pasku, z którego zwisa sakiewka. Opisuje uczty zamożnych mieszczan (na ich stołach pojawiają się m.in. szczupaki z pieprzem, kremy, rzeżucha dla odświeżenia podniebienia) i obchody święta majowej miłości, kiedy to panny biorą udział w radosnych procesjach, samodzielnie wybrawszy towarzyszącego im kawalera (mężatki też mogą zatańczyć z partnerem innym niż mąż).
Śledząc losy bohaterów różniących się zawodem i pochodzeniem, dostrzegamy, jak wyglądało życie poszczególnych grup społecznych. Arnold Brunel jest żakiem. Wraz z przyjaciółmi uczęszcza na kursy teologii słynnego Alberta Wielkiego, nie stroni również od dobrej zabawy. Jeden z jego kompanów, Artus, wieczny student, należy do goliardów, wędrownych bardów prowadzących swobodny tryb życia. Wspomniany już Filip z kolei określa się mianem truwera.
Śledząc losy bohaterów różniących się zawodem i pochodzeniem, dostrzegamy, jak wyglądało życie poszczególnych grup społecznych. Arnold Brunel jest żakiem. Wraz z przyjaciółmi uczęszcza na kursy teologii słynnego Alberta Wielkiego, nie stroni również od dobrej zabawy. Jeden z jego kompanów, Artus, wieczny student, należy do goliardów, wędrownych bardów prowadzących swobodny tryb życia. Wspomniany już Filip z kolei określa się mianem truwera.
Spotykamy się niekiedy z przekonaniem, jakoby w wiekach średnich ludzie się nie myli. Autorka jednak odcina się od tych opinii: rankiem Szczepan Brunel udaje się do najbliższej łaźni, ochmistrzyni zaś przygotowuje kąpiel dla jego żony. Bohaterowie nie tylko dbają o higienę, ale też zdobywają wiedzę. Przykładowo, córki Matyldy uczą się gramatyki, literatury, rachunków i muzyki.
Kończąc, zapewnię jeszcze: miłośnicy wartkiej akcji nie będą zawiedzeni. Romanse, porwanie i późniejsze poszukiwania sprawców, krwawa zemsta, pielgrzymka do grobu świętego Marcina, królewskie krucjaty - czego tu nie ma?
Powieść, utrzymana w narracji trzecioosobowej, składa się z dwóch części: Majowa miłość (kwiecień 1246 - luty 1247), Sekrety kobiet złotnika (wrzesień 1253 - sierpień 1255). Zawiera również krótką przedmowę napisaną przez Pernoud, autorkę Kobiety w czasach katedr, i spis głównych postaci.
Jeanne Bourin, Sekrety kobiet złotnika, s. 470, Noir sur blanc, Warszawa 2013
Etykiety:
dawno temu,
Jeanne Bourin,
Paryż,
złotnictwo



